Felieton kibica: Pieniądze nie grają?

W 2015 roku dajemy kibicom Lecha Poznań okazję współtworzenia serwisu KKSLECH.com a nie tylko udzielania się na nim w komentarzach. Teraz pisząc tekst możesz liczyć na jego publikację tutaj. Dziś prezentujemy jeden z artykułów nadesłanych do nas przez kibica.


Pieniądze nie grają?

Dosyć często mówi się, że pieniądze nie grają, ale czy rzeczywiście tak jest? Pewnie jednoznacznej odpowiedzi na tak zadane pytanie nie ma, ale zainspirowany dość częstymi dyskusjami w śmietniku na temat finansów Lecha postanowiłem, że swoje spostrzeżenia spiszę.

Piłka nożna była i jest popularna z wielu powodów, ale dla mnie z perspektywy obejrzanych przeze mnie tysięcy spotkań oprócz emocji jakie wywołuje jednym z powodów jaki sprawia, że jest tak popularna to fakt, że nawet teoretycznie słabsza drużyna jest w stanie pokonać faworyta. Zapewne każdy pamięta jakiś mecz gdzie teoretycznie słabsza drużyna pokonała faworyta i każdy zastanawiał się jak to się mogło stać. Ile razy można było w przypadku takich spotkań przeczytać opinie, że na 10 spotkań między danymi drużynami faworyt wygrałby 9 razy i może jeden raz miałby problem, a później okazywało się, że ten jeden raz przypadł akurat wtedy. W innych sportach drużynowych jakie zdarza mi się oglądać, a są to piłka ręczna, siatkówka lub koszykówka niespodzianki nie zdarzają się tak często jak w piłce nożnej. W piłce nożnej można nie mieć wybitnych graczy, by wygrać mecz. Nieraz wystarczy jak się ostatnio potocznie mawia „postawić autobus przed swoją bramką” i grać z kontry licząc na to, że coś się strzeli. W koszykówce, siatkówce czy piłce ręcznej obrona jest istotna, ale nie mniej istotne jest atakowanie i zdobywanie punktów. Nie da się wygrać spotkania jak w piłce nożnej tylko się broniąc i licząc na tą jedną jedyną okazję, a trzeba robić to w miarę regularnie. Pod tym względem piłka nożna się wyróżnia, a oglądając imprezy rangi Mistrzostw Świata lub Mistrzostw Europy jeśli chodzi o piłkę reprezentacyjną i europejskie puchary jeśli chodzi o piłkę klubową człowiek się tylko upewnia w tym, że jest to wyjątkowa dyscyplina sportu.

Czytając różne biografie ludzi związanych z piłką dochodzę do wniosku, że naprawdę duże pieniądze w piłce nożnej pojawiły się mniej więcej w ostatnich 25 latach, a dość istotny wpływ na taką sytuację miały stacje telewizyjne, które rywalizując o prawa do pokazywania danych wydarzeń sportowych podbijały stawkę. Żeby nie być gołosłownym w internecie znalazłem informację o tym jak zmieniała się kwota rekordu za najdroższy transfer na świecie i np. w 1987 roku na szczycie listy był kupiony przez Milan za 6 mln funtów Ruud Gullit. Wybrałem ten transfer jako punkt odniesienia, ponieważ tak naprawdę moje w miarę świadome zainteresowanie piłką i Lechem wyznacza dwumecz z Barceloną z 1988. Wiadomo, że w wieku 9 lat to zainteresowanie nie było zbyt duże, ale właśnie wtedy złapałem „bakcyla” i tak mi zostało do dziś. Wracając do transferów to bariera 10 mln funtów padła w 1992 roku wraz z transferem Jean Pierre-Papina z Marsylii do Milanu. Kwoty zaczęły rosnąć coraz szybciej i w 2000 roku Hernan Crespo przechodząc z Parmy do Lazio kosztował już 35,5 mln funtów. W 2009 roku padł ostatni rekord kiedy za Cristiano Ronaldo zapłacono 80 mln funtów. W 2013 roku prawdopodobnie został on wyrównany kiedy Gareth Bale przechodził z Tottenhamu do Realu Madryt za 94 mln euro, ale dla potrzeb powyższych rozważań jest to mało istotne. Co natomiast istotne wraz ze wzrostem kwot transferowych jakie płacono za zawodników wzrastały także wynagrodzenia płacone graczom. W chwili obecnej spekuluje się, że najlepsi zawodnicy na świecie czyli Messi i Cristiano Ronaldo zarabiają w okolicach 15-17 mln euro za sezon, a dla porównania w Polsce rekord wynosi ok. 0,5 mln euro.

Pewnie wielu zastanawia się po co wspomniałem o tych wszystkich kwotach? Wspomniałem o nich, bo mając do dyspozycji większe środki finansowe niż konkurencja już na starcie mamy większe szanse na sukces. Jeśli dodatkowo uda nam się takie środki finansowe odpowiednio zainwestować to wg mnie w dłuższej perspektywie czasowej można wypracować przewagę finansową, która spowoduje, że pieniądze wbrew pozorom będą grać. Jak sam wspomniałem na początku w pojedynczym spotkaniu teoretycznie słabsza może pokonać faworyta i z tej tezy się nie wycofuje, ale żeby wygrać ligę choć raz nie będąc faworytem trzeba taki wyczyn powtórzyć kilkanaście lub kilkadziesiąt razy w małym odstępie czasowym. Czy jest to możliwe ktoś zapyta? Oczywiście, że tak i jak się poszuka to znajdą się nawet takie przypadki kiedy beniaminek awansujący z drugiej ligi w pierwszym sezonie po awansie zdobywał tytuł mistrza (np. Monaco w sezonie 1977/78 czy Kaiserslautern w sezonie 1997/98). Czy jest to sytuacja, która może powtarzać się regularnie? Wg mnie nie, ponieważ w dłuższej perspektywie czasowej bogatszy albo kupi lepszych zawodników albo osłabi takiego rywala, a w niektórych sytuacjach zrobi i jedno i drugie. Przykładów na takie działanie mogę parę wymienić, a najbardziej jaskrawymi przykładami niech będą takie kluby jak Bayern Monachium (swego czasu pamiętam osłabił Bayer Leverkusen, a ostatnio Dortmund, który im zagrażał), Real Madryt („galaktyczny” Real zbudowany za olbrzymią kasę), Inter Mediolan (setki milionów wydawane przez Morattiego dopiero po degradacji Juventusu 2006 przyniosły efekty w postaci 4 mistrzostw Włoch z rzędu i triumfu w Lidze Mistrzów) czy choćby ostatnie przypadki z ligi angielskiej jak Chelsea czy Manchester City gdzie w końcu udało się wygrać ligę po zainwestowaniu olbrzymich środków. Jeśli przeanalizujemy rozgrywki w niektórych ligach na przestrzeni kilku lub kilkunastu lat to też możemy dojść do wniosku, że pieniądze mimo wszystko robią różnicę. Oczywiście wybierając takie, a nie inne przypadki narażam się na zarzut, że to żaden dowód, bo nie jest to regułą w większości przypadków, ale bądźmy szczerzy w piłce nożnej nie można być niczego pewnym, a już tym bardziej tego, że będzie się ciągle wygrywać.

Popatrzmy choćby na ligę norweską z lat 1992-2004 kiedy Rosenborg Trondheim 13 razy z rzędu wygrywał ligę przy okazji dokładając do tego regularną grę w Lidze Mistrzów (8 razy z rzędu w fazie grupowej w latach 1995-2002). Jeśli spojrzeć z kolei na Manchester United prowadzony przez Fergusona to od roku 1992 do 2013 w lidze angielskiej nie wypadli z podium zdobywając w międzyczasie 13 mistrzostw, a ponadto 2 razy udało im się wygrywać Ligę Mistrzów i dwukrotnie być w finale tych rozgrywek. Zresztą ten sam Ferguson zanim przyszedł do ligi angielskiej zdołał z Aberdeen zdobyć 3 mistrzostwa Szkocji (1980,1984,1985) skutecznie spychając na chwilę w cień dwóch potężniejszych rywali z Glasgow (celtic i Rangers). Sezon 1984/85 był też ostatnim kiedy mistrzostwo wygrała drużyna spoza Glasgow. W lidze hiszpańskiej z kolei od sezonu 1984/85 mistrzostwo zazwyczaj pada łupem Barcelony lub Realu Madryt, a wyjątkami od tej reguły było tylko 5 sezonów gdzie mistrzem zostawał ktoś inny. Gdyby komuś było mało to we Włoszech mamy 3 kluby, które przez ostatnie 20 lat dzieliły między siebie mistrzowskie tytuły, a mam na myśli Inter, o którym wcześniej wspominałem, a także AC Milan i Juventus.
Gdyby dokładnie przeanalizować także inne europejskie ligi to prawie wszędzie znajdzie się grupa klubów, które nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu i dzięki temu, że posiadają większy potencjał finansowy zawsze liczą się w walce o najwyższe trofea.

Jeśli z kolei spojrzymy na rozgrywki europejskich pucharów, a w szczególności na rozgrywki Ligi Mistrzów tam od ładnych paru lat także można dostrzec pewną prawidłowość, a mianowicie bogate kluby z topowych lig Europy Zachodniej dzięki wielu ułatwieniom mogą regularnie występować w Lidze Mistrzów, a co za tym idzie powiększać swoje budżety i opłacać lepszych zawodników, zaś kluby aspirujące do tego grona poprzez słabszą pozycję wyjściową nie mają takich możliwości. Wyjątkiem może być Szachtar Donieck mający za właściciela oligarchę lub do pewnego momentu kluby rosyjskie, a nawet tureckie, które były w stanie płacić na tyle dużo by nie odczuwać sportowej różnicy. Niestety ze względu na zawirowania polityczne i ekonomiczne zarówno tureckie jak i rosyjskie kluby musiały mocno ograniczyć swoje wydatki co sprawia, że są w gorszym położeniu i trudniej osiągać im sukcesy na arenie europejskiej.

Warto też chwilę poświęcić na porównanie europejskich rekordów finansowych, o których pisałem wcześniej w stosunku do sytuacji jaką mamy w lidze polskiej. Nie mam żadnych wątpliwości, że jesteśmy daleko w tyle za czołówką europejską i nawet gdyby te wymienione przeze mnie liczby podzielić przez 10 co oznaczałoby pewnie kwoty na w miarę średnim poziomie to nadal mówimy o pieniądzach nieosiągalnych dla polskich klubów, bo jeszcze trochę czasu upłynie zanim nasze kluby będą płacić piłkarzom na poziomie 1,5 mln euro za sezon i kupować zawodników za 7-9 mln euro. Mistrzostwa Europy, których byliśmy współgospodarzem miały być kołem zamachowym dla naszej piłki i nakłonić sponsorów do większego zaangażowania finansowego, ale stało się inaczej. Problem jest jednak bardziej złożony i na taką, a nie inną sytuację naszej piłki klubowej miało wpływ parę czynników, ale wg mnie najistotniejsze są dwa.

Pierwszy to korupcja, która do pewnego momentu trawiła naszą piłkę i mimo tego, że od dłuższego czasu mówi się, że zjawiska korupcji nie ma to uważam, że jeszcze trochę czasu minie zanim środowisko całkowicie oczyści się z osób związanych z tym precederem i zmieni podejście do wykonywanego zawodu. Pewnych nawyków nie wypleni się z dnia na dzień, ale jak niektórzy (i bez znaczenia jest czy mówimy o piłkarzach, trenerach czy działaczach) nie zostali nauczeni ciężkiej i rzetelnej pracy, a radzenia sobie w inny sposób tak długo nie będziemy mieli do czynienia z pełni profesjonalnymi klubami i silniejszą ligą. Żeby zrozumieć co mam na myśli to przywołam tutaj przykład tzw. procesu licencyjnego, który ma weryfikować kluby grające w ekstraklasie i I lidze i coroczne cuda jakie się dzieją przy tej okazji. Ja rozumiem, że pewnych zaszłości nie da się załatwić od razu, ale albo chcemy działać profesjonalnie i robimy wszystko w tym kierunku albo bawimy się w amatorkę jak do tej pory. Jeśli do tego dodamy też to, że wiele robi się, żeby zniechęcić ludzi do oglądania piłki na stadionach poprzez różnego rodzaju sankcje i czarny PR w mediach to nie wygląda to za ciekawie.

Drugim istotnym powodem takiego naszego „zacofania” w stosunku do czołówki europejskiej jest to, że nie jesteśmy aż tak zamożnym narodem jak Niemcy, Francuzi czy Anglicy, a co za tym idzie pieniądze inwestowane w piłkę nożną były o wiele mniejsze. Mimo tak niesprzyjających okoliczności znalazło się jednak paru takich, którzy próbowali wyrwać naszą piłkę z marazmu, a najwytrwalszym i chyba najhojniejszym był Bogusław Cupiał, który zainwestował w Wisłę w 1998 roku i do chwili obecnej jest jej udziałowcem. Do 2011 roku Wisła zdominowała ligę zdobywając 8 mistrzostw Polski i 4 wicemistrzostwa wykorzystując przewagę finansową nad rywalami jaką zyskała wraz z wejściem do klubu Cupiała. Mimo sukcesów Wisły na arenie krajowej nie udało jej się zdobyć zbyt wielu sukcesów na arenie międzynarodowej nie licząc 1/8 Pucharu UEFA w sezonie 2002/03. Mimo także wielu zmian zasad eliminacji do Ligi Mistrzów od sezonu 1996/97 żadnemu polskiemu klubowi nie udało się awansować co sprawia, że pieniądze które daje UEFA za udział w tych rozgrywkach regularnie omijają Polskę. A są to niemałe jak na nasze warunki pieniądze, które zainwestowane w odpowiedni sposób mogłyby pobudzić nie tylko potencjalnego uczestnika Ligi Mistrzów, ale całą ligę do rozwoju. Dla porównania należy podać, że przez czas kiedy nie było polskiej drużyny w Lidze Mistrzów grały w niej drużyny z takich krajów jak Białoruś, Bułgaria, Cypr, Finlandia, Słowacja, Słowenia czy Węgry.

Pewnie przytoczone argumenty o tym, że pieniądze są w stanie grać i wygrywać nie przekonały wszystkich czytających, ale zastanawiam się czy w świetle tak przedstawionych faktów jest szansa, że kiedyś Lech podobnie jak swego czasu Wisła ma szanse zdominować ligę na lata? Kiedy w 2010 roku zdobywaliśmy mistrzostwo byłem w stanie uwierzyć, że to jest ten moment kiedy zaczniemy coś znaczyć w Polsce i Europie. Jak większość zainteresowanych wie wtedy sportowo byliśmy na fali wznoszącej i gdyby udało się dokonać to czego nie zrobił nikt od czasów Widzewa czyli zagrać w Lidze Mistrzów bardzo możliwe, że w dniu dzisiejszym bylibyśmy w innym miejscu niż jesteśmy obecnie. Nie chcę jednak zastanawiać się co by było gdyby udało się awansować, bo nie ma to większego sensu. Szansa była, ale nie udało się jej wykorzystać i trzeba się poważnie zastanowić co zrobić żeby jej nie zmarnować kiedy znów się pojawi. A, że taka się pojawi to jako kibic Lecha nie mam wątpliwości.

Na chwilę obecną gdyby spojrzeć na stan finansów klubów w naszej lidze to trzeci rok z rzędu zajmujemy miejsce adekwatne do posiadanego budżetu i choć tabela na razie tego nie potwierdza to na koniec sezonu scenariusz zakładający kolejne wicemistrzostwo jest wielce prawdopodobny. Dla wielu pamiętających gorsze czasy Kolejorza taki wynik jest uznawany za sukces i obiektywnie rzecz biorąc tak należy go traktować, ale jeśli mamy aspiracje by osiągać lepsze wyniki to tak naprawdę wicemistrzostwo powinno być dla nas absolutnym minimum. Żeby mnie nikt źle nie zrozumiał kolejne wicemistrzostwo jest potwierdzeniem tego, że dotychczasowe wyniki nie są kwestią przypadku, a odzwierciedleniem potencjału jaki mamy i wykorzystujemy. Do zachwiania obecną hierarchią jaka panuje w polskiej piłce potrzebny jest Lechowi sukces dzięki, któremu klub zyska większe środki finansowe, a to z kolei pozwoli zmniejszyć dystans do „przyjaciółki ze stolicy”.

Rozważając możliwości wyrównania szans w lidze należałoby też poruszyć część zagadnień czysto sportowych takich jak pierwsza drużyna, rezerwy, akademia i transfery, ale skoro do tej pory tylko było tylko o finansach to dla ułatwienia przyjmijmy, że wraz ze zwiększeniem ilości środków finansowych jakie klub ma do dyspozycji jesteśmy w stanie dłużej zatrzymywać wychowanków i kluczowych graczy oraz pozyskiwać lepszych zawodników. Wiem, że powyższe założenia są bardzo uproszczone, ale jeśli organizacyjnie dwa lub więcej klubów walczących o tytuły są na podobnym poziomie to wg mnie o większych szansach jednej z nich decydować będzie większy budżet, który pozwoli utrzymać lepszą i liczniejszą kadrę. Wracając jednak do rozważań o tym jak wyrównać szanse na sukces ja widzę dwie filozofie postępowania. Gdyby spojrzeć na nie przez pryzmat efektów to jedna z nich wg mnie jest łatwiejsza, ale wymaga nieco ryzyka i szczęścia, a druga trudniejsza i czasochłonna, ale nie wymagająca zbyt wielkiego ryzyka. Jak to w życiu bywa nie ma nic za darmo i tak też jest w tym przypadku.

Pierwsza z możliwości to wg mnie zainwestowanie w poziom sportowy na tyle dużo żeby wzmocnić drużynę, ale też na tyle bezpiecznie żeby w razie niepowodzenia nie doprowadzić do upadku. Ponadto trzeba zadbać o utrzymanie w zespole zawodników, którzy wyróżniają się na tle ligi i sztab trenerski, który ma umiejętności i doświadczenie w walce o najwyższe trofea. Oczywiście takie inwestycje nie są gwarancją sukcesu, ale gdyby po zrobieniu takich inwestycji udało się pokonać głównego przeciwnika i zdobyć mistrzostwo to możemy „upiec dwie pieczenie na jednym ogniu”. Wygrywając rywalizację na krajowym podwórku mamy szanse na zdobycie większych pieniędzy, które są wypłacane za udział w Lidze Mistrzów, a jednocześnie pozbawiamy tej szansy głównego rywala. Oczywiście Liga Mistrzów jest celem głównym, ale nawet gdyby nie udało się do niej awansować to odpadnięcie w ostatniej rundzie eliminacji daje fazę grupową Ligi Europy. Oczywiście jest jeszcze możliwość odpadnięcia w trzeciej rundzie eliminacyjnej LM i grę w fazie play-off LE, ale mając ambicje gry w LM rozważanie odpadania wcześniej z eliminacji nie powinno być w ogóle brane pod uwagę. Jeśli chodzi o nagrody finansowe, które wypłaca UEFA to udział w LM to ok. 8 mln euro, a odpadnięcie w ostatniej rundzie eliminacyjnej LM i udział w fazie grupowej LE to ok. 3,5 mln euro. Jak widać jest o co grać, bo oprócz podanych powyżej kwot pewnie jeszcze jakieś bonusy można dostać za prawa telewizyjne albo od sponsorów (jeśli ten płaci dodatkowe pieniądze za takie sukcesy). Mając w pamięci ostatnie podejście Kolejorza w Lidze Mistrzów z 2010 i późniejszą grę w Lidze Europy, a także to co stało się z nim później jeśli chodzi o poziom sportowy to widać jak na dłoni, że kasa z europejskich pucharów jest czymś bez czego polskie kluby nie będą w stanie zmniejszać dystansu nawet do europejskich średniaków.

Jednak nawet mając duże pieniądze, ale źle je inwestując może się okazać, że wyjdzie się gorzej niż nie mając tych pieniędzy. Prawdą jest też to, że mając zabezpieczenie finansowe można popełnić trochę więcej błędów niż w sytuacji kiedy się tego zabezpieczenia nie posiada. Wtedy nie pozostaje nic innego niż długotrwała i regularna praca u podstaw tak by z posiadanego kapitału wygenerować jak największe zyski. W przypadku piłki nożnej powodzenie takiej koncepcji jest dość trudne, ponieważ ilość zmiennych jakie decydują o powodzeniu lub nie jest dość duża, ale w dłuższej perspektywie czasowej o wiele bardziej bezpieczne. Właściciel Lecha od jakiegoś czasu wciela w życie tą filozofię, ale mimo tego, że jest ona bezpieczniejsza od tej pierwszej wymienionej przeze mnie to też niesie ze sobą duże zagrożenia. Zakładając, że mniejsze pieniądze oznaczają słabszą kadrę to już na polu rozgrywek krajowych zmniejszamy swoje szanse na sukces, a co za tym idzie na osiągnięcie większych zysków niż konkurencja. Konsekwencją takiej porażki w rozgrywkach krajowych są też mniejsze pieniądze za udział w europejskich pucharach, bo pieniądze wypłacane za udział w LM i LE są nieporównywalne i nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku mistrz i wicemistrz (lub zdobywca krajowego pucharu) wystąpią w fazie grupowej LE to mistrz za udział w eliminacjach uzyska większe bonusy. Jeśli taka tendencja utrzyma się przez dłuższy okres to nawet jeśli nie dojdzie do zwiększenia różnicy w potencjałach finansowych to i tak jest to sytuacja niebezpieczna dla słabszego, ponieważ jak wykazałem na paru wcześniejszych przykładach bogatszy może więcej, a jak wiadomo nie od dziś może to prowadzić do bezpośredniego osłabiania konkurencji poprzez różne działania.

Jaki jest więc ten złoty środek, który może zapewnić nam sukces? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale wg mnie jeśli poczynione zostały już jakieś inwestycje w akademię i młodzież to żeby nie okazało się, że są to pieniądze wyrzucone w błoto należy zacząć czerpać korzyści z tej działalności. Absolutnie nie namawiam tu nikogo na opieranie drużyny o młodzież, ponieważ nawet słynąca ze szkolenia Barcelona nie gra samymi wychowankami, ale jeśli w odpowiedni sposób połączy się doświadczonych zawodników z młodzieżą to są szanse, że zacznie przynosić to korzyści.

Oglądając spotkania Lecha w naszej lidze staram się nie wyróżniać poszczególnych graczy, ponieważ wiem, że parę dobrze zagranych spotkań nie jest w tej lidze żadnym wyznacznikiem. Niemniej jednak na przykładzie Tomka Kędziory chciałby zwrócić na jedną wg mnie bardzo istotną sprawę. Skoro już inwestujemy w młodzież i chcemy by ona była naszym kapitałem na przyszłość to uważam, że w klubie powinno powoli dochodzić do zasadniczych zmian w kwestii wzmacniania drużyny przez zagranicznych graczy. Dość często czytając wyznania polskich piłkarzy wyjeżdzających za granicę spotykam się ze stwierdzeniem, że ci aby grać muszą być najlepiej dwa razy lepsi od miejscowych. Wspomniałem o Tomku Kędziorze w tym miejscu, bo jest to przykład jak dając trochę więcej zaufania młodemu zawodnikowi można dorobić się solidnego gracza. Jak każdy młody popełnia jeszcze błędy, ale po wyleczeniu się Ceesaya, który był brany jako wzmocnienie na tej pozycji okazuje się, że zagraniczny zawodnik ma problem żeby odzyskać miejsce w składzie. Zdaje sobie sprawę, że nie każda decyzja o postawieniu na młodego zawodnika będzie tak trafna jak w tym przykładzie, ale mając ograniczony budżet i sprowadzając zagranicznych zawodników powinniśmy zacząć inwestować w jakość, a nie ilość. Z obecnej kadry idealnym przykładem tego, że ilość nie przekłada się w jakość mamy w linii ataku gdzie w mojej ocenie mamy dwójkę graczy, którzy nie wybijają się umiejętnościami ponad przeciętność. Nie chciałbym żeby to zabrzmiało tak jakby miał coś przeciwko zagranicznym zawodnikom, ale w moim odczuciu jeśli chcemy równać do najlepszych powinniśmy stosować metody jakie oni stosują.

Zdaje sobie sprawę, że polska liga nie jest ligą, która będzie magnesem dla najlepszych zawodników, ale myślę, że na potrzeby Lecha w zupełności wystarczyłoby skopiować schemat jaki zastosował Galatasaray Stambuł, który dzięki temu sięgnął po Puchar UEFA w 2000 roku. Co złożyło się na taki sukces tureckiego klubu? Wg tego co miałem okazję przeczytać to dość istotnym wydarzeniem, ktore musiało mieć przełożenie na późniejsze sukcesy tureckiego klubu było zatrudnienie w 1984 roku niemieckiego trenera Juppa Derwalla (byłego selekcjonera RFN, który doprowadził kadrę do mistrzostwa Europy w 1980 i wicemistrzostwa Świata w 1982).

Derwall przez 3 lata pracy w Galatasaray zdobył tylko jedno mistrzostwo i jeden Puchar Turcji, ale ważniejszym było to, że wprowadził niemieckie metody treningowe i idee taktyczne czyli ogólnie rzecz ujmując przekazał doświadczenie jakiego brakowało w tym czasie Turkom. Korzystając z podwalin jakie zbudowano w oparciu o wiedzę Derwalla Turcy inwestowali w rozwój młodzieży, a także w zakup wartościowych zawodników. Sukcesy w rozgrywkach krajowych, a później też i europejskich przychodziły z czasem, a kulminacja nastąpiła w sezonie 1999/2000 o którym już wspomniałem. Dodam tylko, że zwycięstwo w Pucharze UEFA było dobrym podsumowaniem tego jak w lidze tureckiej spisywała się ekipa Fatiha Terima, która 4 razy z rzędu wygrała te rozgrywki. Jako ciekawostkę dodam także, że w podstawowej jedenastce jaka wystąpiła w finale Pucharu UEFA było 7 Turków, 2 Rumunów (Hagi i Popescu) oraz 2 Brazylijczyków (Taffarel i Capone).
Mam świadomość, że pewnie nie będzie nas stać na taki sukces jak Galatasaray, ale schemat działania jest jak najbardziej godny polecenia i liczę, że doczekam takiej chwili kiedy będziemy mieli drużynę wychowanków (Polaków) wzmocnioną 4 zagranicznymi graczami o takich umiejętnościach, które zapewnią nam długotrwałe sukcesy nie tylko w kraju, ale także w rozgrywkach europejskich.

sebra

Chcesz, by w przyszłości także Twój tekst znalazł się na KKSLECH.com? Pisz i wyślij go do nas pod adres: redakcja@kkslech.com. Jest szansa, że ujrzy światło dzienne. Więcej dowiesz się -> tutaj

>> Śmietnik Kibica – (komentuj nie na temat) <<


komentarzy 12

  1. damt610 napisał(a):

    Świetny tekst a ostatnio ktoś w śmietniku próbował wmówić mi, że pieniądze nie grają. Zainwestować w Lecha z 10 mln euro, ściągnąć właśnie trenera z Niemiec czy Holandii ( doświadczonego, który prowadził inne drużyny z sukcesami ), zainwestować w 3-4 graczy do tego zatrzymać wyróżniających się wychowanków ( a nie tylko liczyć na sprzedaż ) i w przeciągu kilku lat mamy MP, europejskie puchary i frekwencje na poziomie + 30 tysięcy. Takie to proste szkoda, że nie znajdzie się jakiś człowiek z pasją i pieniędzmi, którzy nie boi się ryzyka. Taka prosta zasada, żeby liczyć na jakieś zyski trzeba najpierw zainwestować. Żeby nie było, że źle oceniam obecne funkcjonowanie klubu bo jest to opcja poprawna, bardzo bezpieczna ale w taki sposób jak by 5 lat równoważymy budżet i od 3 lat nie możemy wejść nawet do LE to tym tempem budżet o chociaż 10-20% zwiększymy może za kolejne 5 lat.

  2. arek napisał(a):

    Fajny artykul. Ja dodam, ze pieniadze nie zawsze graja a przykladem tego byla np Polonia Warszawa czy teraz Lechia Gdansk. Pieniadze +madry zarzad +dobra ekipa szkoleniowa + odpowiedni dobor zawodnikow i dobra atmosfera w szatni + szkolenie mlodziezy= SUKCES

  3. fan napisał(a):

    @arek
    Jeszcze do tych klubów można by zaliczyć Zagłębie Lubin – wielkie pieniądze wykładane na drużynę, a sukcesów sportowych właściwie żadnych.

  4. aliz napisał(a):

    fajny tekst – ja do tego co napisał arek jeszcze dodam, że klub powinien być zlokalizowany w najbardziej znaczącym mieście danego regionu. Ciekawe jak dzisiaj wyglądałby Śląsk, gdyby w klubie zamiast Solorza „siedziałby” KGHM – pewnie przez lata mogłaby reszta ligi oglądać ich plecy – tak jak za dawnych czasów wszyscy przez lata oglądali plecy Górnika czy Ruchu…
    Mądre zarządzanie + stabilizacja finansowa to podwaliny na których trzeba układać cegiełkę po cegiełce. Drogi „na skróty” nie ma, bo skończy się tak jak z Polonią.

  5. Al napisał(a):

    Powiększając bramki mielibyśmy hokejowe wyniki ale za to bardziej atrakcyjne mecze zwiększone emocje a także bardziej sprawiedliwe mniej przypadkowe wyniki. Obecnie jedna przypadkowa bramka ustawia wynik .Biedna drużyna z dołu tabeli często wygrywa z czołówką . Od wyniku zależy też ocena zawodników . Jeden pech powoduje że diametralnie różnie widzimy ten sam mecz . Ponadto błędna decyzja sędziego nie rzutowałaby na wynik końcowy . Wpływ murawy również nie byłby tak duży jak obecnie . Ważną rzeczą jest nastawienie psychiczne zawodnik po utracie bramki często ją rozpamiętuje .Przy większych bramkach odrobienie strat ze słabeuszem byłaby kwestią czasu . Dla mnie pytanie jest tylko czy o kilkanaście cm (wszystkie słupki i poprzeczki zamienione na gole ) czy kilkadziesiąt cm (strzały przy słupku czy blisko poprzeczki) należało by poszerzyć bramki .

  6. leśny napisał(a):

    Przykład Turcji nie jest adekwatny w odniesieniu do naszej ligi , bo jest ona poziom niżej. MP w eliminacjach do LM rywalizuje z drużynami z Austrii , Czech, Białorusi , Rumunii i Szkocji. Podstawą sukcesu jest powtarzalność wyników. Mistrzostwo kraju zdobywa zwykle ta sama drużyna (Austria , Białoruś, Szkocja) , najczęściej ta sama drużyna (Rumunia) , lub 2 kluby na zmianę (Czechy). Kluby te punktują w rankingach , przez co mają łatwiej w kolejnych sezonach. Do tego grona próbują dołączyć inni , ostatnio Lugogorec i Legia , ktoś czasem wypada (Kopenhaga). Tym niemniej podstawą jest regularne wygrywanie rodzimej ligi. Dla kibiców bardziej atrakcyjny jest model czeski , gdzie istnieje rywalizacja i o LM biją się 2 kluby. W najbliższym sezonie efektem tej rywalizacji będzie możliwość gry w LM obu z nich: mistrza w ścieżce mistrzowskiej z dużymi szansami na sukces oraz wicemistrza w ścieżce niemistrzowskiej z szansami niewielkimi , ale z łatwą drogą do fazy grupowej LE. Kiepscy trenerzy w ekstraklasie zamknęli tą drogę dla polskich klubów , dlatego w Legii wyleciał Urban , a w Lech w końcu pozbył się Rumaka. Szkoda tylko , że tak późno. W tym sezonie wyniki w ekstraklasie wyglądają trochę bardziej optymistycznie , wszystko wskazuje na to , iż w Europie będą nas reprezentować Legia , Jagiellonia , Lech i Śląsk. Wszystkie te kluby jakiś tam potencjał mają , powtórzyć tą samą 4 zespołów w rozgrywkach europejskich przez 2 sezomy , to i efekty większe lub mniejsze będą.

  7. 07 napisał(a):

    Zgadzam się z terścią tego tekstu głównie w temacie zawodników spoza Polski. Przykład Kędziory jest trafiony w 100 % . Cessay na dziś będzie maiał ogromne problemy z powrotem na prawa obronę….. Cieszy mnie to, bo od dawna byłem ”fanem” Kędiego od kiedy wszedł do kadry I zespołu. Tak sobię myślę czy wobec niezadowalalającej postawy lewych obrońców nie zrobić tego samego z tą pozycją gdzie na szansę czekają – Rogala, Szubertowski…. a wobec braku snajpera – egzekutora Kurbiel, Gładosz…..

  8. Czytelnik napisał(a):

    Niech wraca Ceesey chociaż na jeden mecz ten w którym obiecał coś Kubie i niech to zrobi.

  9. pyra fan kks z breslau napisał(a):

    bardzo ciekawy tekst szkoda tylko ze nasza rzeczywistosc nigdy obym sie mylil nie pozwoli nawet nie da nam szansy na wielkie SUKCESY LECHA to smutne ale prawdziwe PS JUTRO PLUSKWY TRZEBA ZGNIESC

  10. sebra napisał(a):

    W pierwszej kolejności chciałbym podziękować redakcji za dość niespodziewane opublikowanie tego tekstu, a także użytkownikom którzy go przeczytali i skomentowali. W drugiej kolejności chciałbym dorzucić jeszcze garść spostrzeżeń jakie mnie naszły po przeczytaniu komentarzy.
    Zgadzam się z opiniami, że nie da się pójść na skróty tzn. zainwestować pieniądze jak Wojciechowski w Polonię i liczyć, że sukcesy same przyjdą. Cupiał na początku swojej przygody z Wisłą zatrudnił najpierw Smudę, a później Kasperczaka, którzy odpowiednio wykorzystali powierzone środki na tle ówczesnej ligi i dlatego był w stanie osiągnąć takie wyniki jakie osiągnął.

    Bardzo mądre równanie zaproponował @arek czyli Pieniadze +madry zarzad +dobra ekipa szkoleniowa + odpowiedni dobor zawodnikow i dobra atmosfera w szatni + szkolenie mlodziezy= SUKCES ale jeśli wyjmiemy z niego pieniądze to szanse na stabilizację i naprawdę wielkie sukcesy zasadniczo się zmniejszają czego przykładem może być np. Ruch Chorzów z ostatnich sezonów kiedy to jeden sezon potrafi mieć rewelacyjny, by w następnym ledwo utrzymać się w lidze.

    Co do ligi tureckiej to wspomniałem o niej celowo i zgadzam się, że w dniu dzisiejszym porównywanie nas do Turcji jest mało poważne. Żeby zrozumieć moje intencje trzeba się cofnąć aż o 30 lat wstecz do momentu zatrudnienia Derwalla w Galatasaray. Kiedy czytałem artykuły na ten temat pomyślałem sobie, że w sumie to nic nadzwyczajnego, że niemiecki trener przed emeryturą idzie trenować jakiś turecki klub. W tamtych czasach jednak była to wielka sensacja, a turecka piłka była niżej notowana niż nasza. Na stronie Berta Kassiesa można znaleźć historyczny ranking UEFA z tamtego okresu i na koniec sezonu 1983/84 czyli w momencie zatrudnienia Derwalla w Turcji polska piłka klubowa sklasyfikowana była na 20 miejscu (na 32 państwa), turecka na 25, a liderem rankingu była RFN. Jak widać sportowo nie był to żaden awans, ale prawdopodobnie jak w obecnych czasach skok po większą kasę. Zainteresowany tym jak to się stało, że turecka piłka tak zaczęła się rozwijać dotarłem do informacji, że w pewnym momencie rząd oddłużył tamtejsze kluby i na jakiś czas zwolnił z płacenia podatków tylko po to, żeby kluby znalazły sponsorów, zainwestowały w infrastrukturę i sprowadziły zagranicznych trenerów oraz zawodników w celu podniesienia poziomu sportowego. Jak widać takie działania się opłaciły, bo gdzie jest teraz turecka piłka, a gdzie nasza tego nie trzeba mówić.

    Dodam jeszcze tylko od siebie, że z perspektywy czasu kiedy wiedzieliśmy, że będziemy organizować Euro i klimat do inwestowania był trochę lepszy aż prosiło się, żeby na 3-4 lata przed imprezą wprowadzić ulgi dla chcących inwestować w polski sport, a piłkę w szczególności, bo być może wtedy udałoby się przyciągnąć i utrzymać większy kapitał, który byłby impulsem do rozwoju jak w Turcji. No, ale było minęło i teraz zamiast cieszyć się tym, że Euro przyczyniło się do rozwoju piłki w kraju słyszy się tylko głosy, że stadiony niepotrzebne i za drogie w utrzymaniu, a dodatkowo sponsorzy pouciekali i miasta muszą się dokładać do funkcjonowania klubów, żeby te nie upadły (np. Korona czy Śląsk).

  11. arek napisał(a):

    Dzieki Sebra. A ja dodam, ze za tych rzadow to nie ma co myslec o takich rozwiazanich jak Turcja. U nas pilka jest dla rzadu kula u nogi, bo traktuje sie publike szczegolnie ta fanatyczna jako siedlisko opozycji i jako jedno z niewielu miejsc zbiorowego wyrazania wolnego slowa. Nie ma zadnej pomocy tylko sa glownie szykany, zamykanie trybun i stadionow i nie ma nawet szans na jakis konstruktywny dialog. Euro bylo tylko chwilowym zrywem elit politycznych, checia pokazania sie, zreszta za pieniadze podatnikow i horrendalne pozyczki i nie bylo zadnego planu co zrobic ze stadionami i pilka po Euro i jak ta impreze wykorzystac. Zreszta Turcja obecnie jawi mi sie jako rozsadniejszy od polskiego narod. Maja kiepskie pozlozenie geopolityczne, zadnych miliardow z Unii a wcale nie radza sobie gorzej ekonomiczznie od Polski, ale to tak poza tematem.

  12. 1909 oryg. napisał(a):

    dobry artykuł. też zaczalem kibicowanie Lechowi od pamietnego dwumeczu z FC Barcelona