Felieton kibica: Maciek, my tylko żartowaliśmy

Od dłuższego czasu dajemy kibicom Lecha Poznań okazję współtworzenia serwisu KKSLECH.com a nie tylko udzielania się na nim w komentarzach. Pisząc swój tekst możesz liczyć na jego publikację tutaj. Dziś prezentujemy jeden z artykułów nadesłanych do nas przez kibica.


Maciek, my tylko żartowaliśmy

Ja wiem, że propozycja pogadanki (popisanki?) na tematy wzięte z dziedziny newsowej archeologii, jaką ośmielam się niniejszym złożyć, spycha mnie na margines marginesu toczonej aktualnie dyskusji – nazwijmy ją roboczo: „okołowszechklubowej” – a na dodatek nie rokuje mi spektakularnego wtargnięcia na tejże dyskusji scenę (zapisać: „byłem nieskromny”), ale postanowiłem na huczne otwarcie (zapisać: „ponownie byłem nieskromny”) zająć się sprawą nie całkiem jeszcze przetrawioną, a mianowicie Skorżą Maciejem. I nie wyłącznie dlatego, że przekora konstytuuje tę beztroską twórczość, którą łaskawy (oby!) Czytelnik ma teraz przed sobą, ale również i z tej przyczyny, że temat wcale nie jest tak zakurzony jakby się mogło wydawać. Ba, może on wcale nie podlegać koniunkturom aktualności – nawet w obliczu panującej w piłce „newsokracji” i „modernizacji”.

…kręci się ziemia wokół słońca, szału można dostać z gorąca…

Najokrutniej zażartowali sobie piłkarze, bo uważam poszlaki znamionujące ich świadome działanie na szkodę szkoleniowca Macieja Skorży za najbardziej prawdopodobną wersję wyjaśniającą wydarzenia jakie miały miejsce pomiędzy rozpoczęciem sezonu 2015/2016 a meczem z Cracovią, po którym nastąpiła zmiana trenera. Podkreślam: poszlaki, ponieważ nie posiadam żadnych rozstrzygających dowodów na poparcie owej hipotezy i mam świadomość ciężaru podejrzenia jaki rzucam na zawodników ukochanej drużyny. Jeszcze jedno: nie, nie sprawia mi ta podejrzliwość żadnej satysfakcji. Nie cieszy mnie bowiem wcale, że piłkarze wspólnie z kibicami świętujący zdobycie najcenniejszego krajowego trofeum po zaledwie kilku miesiącach tym samym kibicom podsuwają pod nos, i to bardzo sumiennie, nieliche preteksty do podważenia ich statusu mistrzów czegokolwiek, a nawet ich statusu profesjonalnych piłkarzy. Taka amplituda nastrojów, mimo że futbol wiele już widział, normalną nie jest – co już zresztą stanowiłoby dla mnie cios wystarczający gdybym był jednym z owych piłkarzy nawet zachowując przy tym czyściusieńkie sumienie (na szczęście zupełny brak talentu uchronił mnie od takiej ewentualności). Oczywiście nie wątpię, że w zaognieniu sytuacji zwieńczonej ostatecznie buntem, przejęciem statku i wysadzeniem kapitana w szalupie za burtę ten ostatni nie miał żadnej winy. Pewnie miał, może nawet niemałą, niemniej nie wyobrażam sobie skali grzechu, który zasługiwałby na tak drastyczny rewanż; rewanż który na pewne straty wystawia własny wizerunek, wyniki reprezentowanego klubu, będącego akurat na najwyższej od lat fali, oraz last but not least wysokość otrzymywanego wynagrodzenia. A wszystko po to, żeby pogonić w kidryni babuszki przełożonego, który być może miał tam i swoje minusy, ale rzecz rozchodziła się o to akurat, aby te minusy nie przysłoniły jego niewątpliwych plusów. Jak to w ogóle brzmi, że zawodowi sportowcy mogli „w szatni” rozważać – choćby nie dłużej niż minutę – możliwość gry przeciwko szkoleniowcowi, który doprowadził ich w znakomitej większości do największych i najprawdopodobniej jedynych sukcesów w karierach, w konsekwencji umożliwiając im również rozegranie kilku spotkań na zdecydowanie wyższym, europejskim poziomie – ergo pograć w piłkę bardziej serio? No brzmi jak słynna cytata z pewnego „ekstraklasowca” o pogodzie, niedzieli i godzinie pica herbaty – czyli głupio. Infantylnie i głupio.

…nie zwariowałem, ani tym bardziej nie oszalałem…

Uważałem zaangażowanie Macieja Skorży na stanowisko trenera pierwszego zespołu Kolejorza za jedno z niewielu posunięć władz klubu, szczególnie ostatnimi czasy, które dawało nadzieję, że celem całego tego przedsięwzięcia jest rzeczywiście sukces sportowy; i mało tego: sukces niejednorazowy. Sukces zaplanowany, zbudowany, a więc pomimo ogromnej ilości zmiennych, które składają się na sport – dziedzinę wszak raczej irracjonalną – sukces mający mocne wytłumaczenie w logice działania. Niby sztab dobrał sobie Skorża piekielnie mocny, jeśli brać poprawkę na tzw. polskie warunki, na co – dodajmy: o dziwo – zarząd przystał. W takich, a nie innych okolicznościach mógł sobie wybrać Skorża gracza do ataku i wybrał – dla wszystkich znających realia transferowe Lecha – dość zaskakująco, bo trudnego w prowadzeniu i gwarantującego boiskowe kłopoty Sadaeva, na co znów zarząd przystał. Deklarację, że druga pozycja na koniec ligi – nawet w obliczu zajmowanego przez Lecha wówczas miejsca w tabeli – będzie bolesną porażką złożył w końcu najbardziej utytułowany polski trener, wcale nieleciwy za to z okazałym portfolio upadków oraz wzlotów ligowych, pucharowych i reprezentacyjnych, a nie zbierający właśnie doświadczenie aspirant. Zza Mgieł Chwaliszewa („pozdro dla kumatych”!) zaczynał wyłaniać się syns. Wraz z nowym trenerem radykalnej zmianie – przynajmniej w opinii piszącego te słowa – uległ sposób gry naszej drużyny. Kolejorz na nowo zaufał kreatywności swoich piłkarzy atakując swobodniej niźli za czasów Mariusza Rumaka, a już z pewnością znacznie bardziej zróżnicowanie, bo dość schematyczne natarcia oparte o rozegranie do boków kończone dośrodkowaniami czy to skrzydłowych, czy też skrajnych obrońców, zostały wzbogacone elementami gry bardziej – jak to mądrze mówią – wertykalnej. Częstsze próby posyłania prostopadłych podań, kombinacyjne akcje z przytomnym wychodzeniem na pozycje oraz inteligentną grą bez piłki nie tylko zamieniały się nierzadko w gole, ale też – co w polskiej lidze nieczęste – uwypuklały różnicę umiejętności pomiędzy rywalizującymi zespołami. Warto również zauważyć, że ta niewątpliwie skomplikowana operacja nie odbyła się, przynajmniej z początku, kosztem radykalnej zapaści gry defensywnej. Nadal bowiem strzelenie bramki Lechowi było rzeczą niełatwą a zespół, jako zespół właśnie, bronił więcej niż poprawnie. Lechici zaczęli z zaskakującą gracją rozkładać akcenty pomiędzy okresy zdyscyplinowania, gdy nie posiadali piłki, a ciekawym rozegraniem akcji zaczepnych, kiedy piłkę udało się odzyskać. W efekcie te newralgiczne przejścia pomiędzy fazami obrony i ataku, których rozstrzygające znaczenie dla obranej struktury gry tak mocno podkreślał trener Rumak, zaczęły zaczęły nabierać frapującej płynności wraz z kolejnymi występami „Niebiesko-białych”, lecz – o paradoksie – już pod kierunkiem trenera Skorży. Czy odbyło się to na warunkach inkasa, zdecydował po prostu lepszy warsztat, zwykły fart, albo moce z innej dziedziny zostały zaprzęgnięte do tej pracy – tego, rzecz jasna, nie wiem. Stwierdzam jedynie, że efekt cieszył oczy niżej podpisanego, który niezachwianie stoi na stanowisku, że styl – owszem – ma znaczenie. Laurka składająca się na poprzedni akapit, prawdę pisząc wystawiona z porywu serca i deko na wyrost, ma podwójną genezę. Po pierwsze pilzneńskie zaczęło chyba zwyciężać kawę w kreowaniu impulsów odpowiadających za to raptowne stukanie w klawiaturę, a po drugie zbyt łatwo przechodzi się obok faktu, że trener Maciej Skorża zdobył dwa z pięciu trofeów jakie dołożył do klubowej gabloty pan Jacek Rutkowski. Plus oczywiście grupa Ligi Europy – jedna z trzech w historii. I to w kapkę więcej niż rok. No i jeszcze ten mecz – mecz-teza – będący jednocześnie uwerturą „autorskiego Lecha” i upadku trenera. Chodzi oczywiście o 3:1 z Legią w Superpucharze, ale nie rywal ani nawet sam wynik odgrywają tu rolę pierwszoplanową – choć oba te elementy, przyznajmy bez fałszu, są istotne. Dumą napawało mnie bowiem nie tyle samo lanie sprawione warszawskiej drużynie, co manifestacja suwerennego panowania mistrzów Polski na krajowym podwórku, albo co najmniej manifestacja pełnej gotowości do tegoż (co tyż dobrze).

Czytając ostatnie frazy zdecydowanie stwierdzam, że to pilzneńskie ucieka a kawa jest w peletonie. I jeszcze napisałem „klubowa gablota” oraz „krajowe podwórko” – proszę o wybaczenie suspensu, ale muszę w tej chwili udać się do kąta i przemyśleć swoje zachowanie. Już. Wróciłem zawstydzony, lecz jednocześnie z mocnym postanowieniem poprawy. Państwo pozwolą, że przypomnę: znajdujemy się w momencie emfazy zachwycając się wiadomym meczem, bo co nam szkodzi. Klaps. * Mecz o superpuchar Polski widziałem jako informację dla rywali: jesteśmy mistrzem innym niż byliście dotychczas wy. Może i przegoniliśmy was o długość kciuka podczas ostatniej gonitwy, ale teraz to my aranżujemy wyścig i stawiamy warunki, a żeby dobitniej wyrazić jakie mamy wobec was zamiary to zabierzemy wam piłkę na 90 minut i będziemy uparcie atakować niemal przez cały czas odwrotnie niż czyniliście to wy: wygrywając apatycznie i niewielkim nakładem sił. Prawda: my i cała reszta towarzystwa przyzwyczailiśmy was, że to i tylko to wystarcza, ale my nie popełnimy tego błędu i to wy będziecie musieli się srogo natrudzić, aby nas zatrzymać. Będziemy ustawiać obronę bardzo wysoko i mocno naciskać po stracie piłki – bez strachu i gry na alibi. Będziemy onieśmielać was grą kombinacyjną i zawstydzać tempem prowadzenia akcji. Będziecie się cieszyć, że straciliście raptem trzy gole. A skoro dla was będzie to powód do skrytej radości, to przekażcie pozostałym, że widzimy się z nimi przynajmniej dwukrotnie i niech zaczynają się już powolutku bać, bo mistrza grającego po mistrzowsku bać się po prostu wypada.


No tak, już słyszę salwy śmiechu, nie oszczędzają mnie Państwo, prawda? „Panie, Superpuchar Superpucharem, ale co dalej było to pan nie pamiętasz? Pastisz! Parodia! Hańba i niedołęstwo! Panie, na co komu te statystyki, te strzały w słupki i poprzeczki, że może i grali fajnie, ale za to do dupy, bo jak są mistrzami to powinni w lidze wygrywać, a tylko przegrywają”. I co mam odpowiedzieć? No, powinni – przecież wystarczy spojrzeć na statystyki… „Panie, nie zaczynaj pan, dobrze panu radzę”… Ale ja naprawdę uważam, że to nie był tylko mecz z Legią, bo przecież jeszcze z Sarajewem i dwukrotnie z Basel – no, przebłyski były, a i kilka spotkań przegraliśmy w lidze naprawdę pechowo, bo po dużo lepszej grze niż w tych niektórych meczach zwycięskich przedtem i potem, no proszę zauważyć, że… „Tfu! Pan jest wariat a może i lepiej! Są mistrzami?” Są. „Byli na ostatnim miejscu w tabeli?” Byli – muszę przyznać bez wiary i z niechęcią wobec nieustępliwości faktów ogłaszanych jak w rodzicielskich kazaniach korygujących. „To grali dobrze?” No, nie… – mamrocę pod nosem pokonany…. Przyznaję się do następującej iluzji: ekipa mistrzowska, która zgłasza pretensje do rywalizacji na europejskich salonach, ambitnie udowadnia na wszystkich ekstraklasowych stadionach, że z mistrzem nie ma żartów, że puchar jest nasz i nie tylko go nie oddamy, ale na dodatek rzucimy się do wygrywania z takim rozmachem, że zawstydzimy swoją grą co pośledniejszych pretendentów do tytułu. Że nie będzie typowego ganiania na skróty, półśrodków, półgry, półstylu, pół spotkania tak, pół siak i nie bardzo wiadomo dlaczego. Naprawdę uwierzyłem, że zapanowało w klubie przekonanie, iż wysiłek i ryzyko popłacają, że rolą Lecha Poznań jest rysować wyraźne granice: oto zespół rzeczywiście bijący się o złoty medal rozgrywek, który swoją kulturą zgłasza pretensje do miana europejskiego średniaczka, podejmuje zespół, którego ambicją jest w zasadzie trwanie, a więc spokojna okupacja środka tabeli bez zbędnego ryzyka i fajerwerków techniczno-taktycznych, a kiedy telewizor włączy jakiś zbłąkany wędrowiec, którego po raz pierwszy kopnie zaszczyt podziwiania ekstraklasowych makagigi, na wieść, że grają za sobą pierwszy z szesnastym nie będzie miał żadnych wątpliwości który zespół jest który. I domniemywałem na podstawie gry zespołu na jesień 2015 r., że trenerowi Skorży chodziło o to samo, że Lech przypominający swoją grą – pamiętając o proporcjach – weltmasterschaftową reprezentację Niemiec już za rok, za dwa, rzetelnie zapracuje na fazę grupową Ligi Mistrzów, w której będzie chciał grać w piłkę, a nie wyłącznie być, które to bycie oznacza liczenie zysków z dnia meczowego oraz premii za awans. Takie, prawda, obrałem perspektywy…

Tymczasowo zawieszam dyskusję nad metodami pracy Macieja Skorży, bo nikt mi nie wmówi, że nie wiedziano o tym jak trener Skorżą widzi sprawowanie funkcji pierwszego trenera pierwszego zespołu w dużym klubie. Zatem albo popełniono błąd zatrudniając tego szkoleniowca w Lechu z uwagi na sprzeczną wizję prowadzenia drużyny ze strategią klubową, albo trener Skorża nie dotrzymał powziętych zobowiązań i należało go zwolnić w trakcie sezonu 2014/2015 r. z uwagi na nieprzestrzeganie zawartej z klubem umowy. Trudno: deal był inny, pacta sunt servanda, nie pasujemy do siebie – ot, co wystarczałoby na całkowity komunikat włodarzy. Ale skoro obie strony wiedziały na co się piszą, to przypominam, że pacta sunt servanda tyczy się obu rzeczonych stron porozumienia. I tu, jak się zdaje, wkraczają piłkarze. Krytyka? Zaraz-zaraz, jaka to, przepraszamy najmocniej, krytyka? Czyżbyśmy nie byli mistrzami, a może nie zdobyliśmy Superpucharu? A może nie ograliśmy spektakularnie Legii, co? A do europejskich pucharów, do grupy, to kto awansował? AC Milan, może? Skoro my to osiągnęliśmy, tymi nogamy – i ręcamy! walczyli o swoje bramkarze – to chyba należy nam się minimum szacunku, nieprawdaż!? Nie zawsze jest dzień dziecka i w akcie ogólnego uznania można chyba liczyć, że od czasu do czasu ktoś się jednak położy przed mistrzem Polski? A tu tylko wymagania i wymagania, i jeszcze jakieś krzyki, jakieś pretensje o czerwone kartki? To już zaczyna wyglądać na mobbing, ja to bym wolał jednak mieć z szefem stosunki koleżeńskie… Obawiam się, że to w czym tak usilnie chciałem upatrywać tylko imponujące otwarcie, nowe rozdanie, tę mityczną „jakość”, piłkarze potraktowali zgoła przeciwnie jako zamknięcie tematu, odchył a nie normę, zwieńczenie po którym należy się już tylko „aplauz i zaakceptowanie”. Bo przecież skoro lepsze jest wrogiem dobrego… …

tam nie było żadnych pieniędzy, była nędza i nic więcej…

Nic na to nie poradzę, że jakoś śródtytuły dobrać trzeba i nie ma w tym żadnej złośliwości, że zacznę zamykanie niniejszego tekstu od zarządu. Trener na lata? Pełne poparcie? Zmiany trenerów nie w naszym stylu? Pokonamy falę? Nie wiem na ile takie roszady i permanentne kryzysy wpisane są w słynną „Strategię 2020”, ale nieodmiennie i z żalem dostrzegam w prowadzeniu naszego klubu nie tyle piętno myślenia hiper-strategiczno-planowego, co raczej dobrze znane z historii, przeklęte „dojutrkowanie”. Dojutrkowanie podstępnie uzależnia: nieodparcie kusi w chwilach trudności łudząc skrótami wiodącymi wprost do stabilizacji niczym fatamorgana, która kiedy znika okazuje się być w rzeczywistości samym centrum ruchomych pisaków, z których wydostanie się jest przedsięwzięciem niesłychanie kosztownym, długotrwałym i wycieńczającym. Na dobitkę terapia pourazowa jest w takim przypadku potwornie bolesna. Już chyba wystarczy, co?

Bogumił Żatecki bogumil.zatecki@wp.pl

Chcesz, by w przyszłości także Twój tekst znalazł się na KKSLECH.com? Pisz i wyślij go do nas pod adres: redakcja@kkslech.com. Jest szansa, że ujrzy światło dzienne. Więcej dowiesz się -> tutaj

>> Mistrzowski Śmietnik Kibica – (komentuj nie na temat) <<




komentarzy 29

  1. sternbek napisał(a):

    Sorry ale musze to napisac. Bylem bardzo ciekaw Twojej opinii o tym co sie stalo w zeszlym roku. Niestety kompletnie nie ogarniam tej formy dialogu samego ze soba. Juz po drugim akapicie stracilem zapal i nie doczytalem do konca. Mysle ze pomysl byl dobry ale radzilbym dopracowac forme. A naprawde bylem ciekaw opinii innego kibica. Do dzis uwazam (z calym szacunkiem dla Janka ktorego zreszta b. lubie) ze Maciej to byl trener przez duze T. I to co zrobil z ta druzyna przez rok czasu jest MEGA osiagnieciem. Przypominam ze po sprzedaniu Teo pozostalismy bez PRAWDZIWEGO NAPASTNIKA. A taki Maciek tylko z obserwacji (bo przeciez nie znal osobiscie Zaura) postawil caly swoj autorytet na niego. Czy kibice popierali jego wybor? Wiekszosc (tak samo i ja) uwazala ze to bomba z opoznionym zaplonem. A jednak przez pol roku Zaur poprowadzil nas do mistrzostwa i stal sie ulubiencem publicznosci. Nadal bede wyczekiwal ciekawego artykulu na temat zeszlego roku.

  2. hg napisał(a):

    Nie pizgajcie tyle tego łajta bo strony nie starcza:)

  3. arek z Debca napisał(a):

    Tekst za dlugi i strasznie pogmatwany. Powiem tak, Skorza to swietny jak na warunki polskie trenerem ale kiepski psycholog no i z jakiegos powodu skonfliktowal sie z druzyna. Pilkarze pojechali po najmniejszej sile oporu i goscia zwolnili majac w dupie klub i kibicow. Wina pilkarzy, Skorzy, ze brnal przy swoim i zarzadu bo nie zareagowal na konflikt.Tyle.

  4. Pyra napisał(a):

    mimo wszystko, szanujmy Skorżę który dał nam upragniony tytuł, oraz Ligę Europy! dodatkowo wielkie emocję,których brakowało przy Rumaku,czy też hiszpańskim magiku,który uwiódł Rutkowskiego – Bakero.

  5. Pszczółka napisał(a):

    co się stało po Mistrzostwie i SPP tego nie wie nikt tak na prawdę, ale tak jak pisze @Pyra szacunek trenerowi Skorży należy się jak psu zupa.Bo co jest piękniejszego dla kibica od zdobycia Mistrzostwa swojego Kraju?Może kiedyś sam trener napisze biografię i uchyli w niej rąbka tajemnicy.Zawsze będę pamiętał ten niezapomniany wybuch radości po ostatnim gwizdku sędziego w meczu z Wisłą.To coś czego nie zapomnę do końca życia i za co dziękuję Maciejowi Skorży.

  6. Marcin2 napisał(a):

    Dobry tekst choć może być dla niektórych niezrozumiały. Jeśli chodzi o Skorżę to nie byłem zwolennikiem jego zatrudnienia. Po czerwcu 2015 zmieniłem zdanie. Do zdobycia pucharu Polski też dużo nie brakowało gra była dobra wynik pechowy. Mecz o superpuchar szczena mi opadła i mówie sobie obronimy mistrzostwo w cuglach. No i potem się zaczęło… To, że teraz jest taka duża różnica między nami a Piastem to tylko zasługa większości kopaczy która jest w klubie. Uważali, że zdobyli mistrza to co tam zagramy kilka meczów kiepsko zwolnimy Skorżę i znowu będzie sielanka. Nie mam szacunku do takich ludzi. Większość z nas jest z własnym szefem w pracy tylko i wyłącznie na dzien dobry i każdy wie co ma robić a tutaj co Skorża miał ich głaskać? No panowie bez jaj nas z pracy by juz pogonili za takie coś. A skoro raz im sie udalo to nastepnym razem pewnie tez sie uda jak Urban powie coś nie tak, co się naszym wspaniałym piłkarzykom nie spodoba. Kocham ten klub te barwy i wszystko co jest z nim związane ale to, że nasza sytuacja wygląda jak wygląda to zasługa tych Panów którzy są w szatni mimo trochę jej przewietrzenia w zimowym okienku.

  7. Obserwator napisał(a):

    Ciekawe uwagi utopione w morzu grafomaństwa. Pzdr!:)

  8. siwus89 napisał(a):

    Skorży należy się szacunek za to co dla nas zrobił,zdobycie Mistrzostwa Polski,Superpuchar,awans do Ligi europejskiej,doceniam to co zrobił z Sadajewem i Arajurim wyciągnął ich na szczyt formy. Zaur na boisku zajął się grą a nie przepychankami a Paulus jest jednym z czołowych stoperów ligi

  9. Gebka napisał(a):

    HAMA poszedł do charakternego klubu.

  10. slawek napisał(a):

    Jakieś plusy tej sierpniowo wrześniowej żenady są. Zarząd przekonał się kogo tak naprawdę pozatrudnial i stopniowo się raka się pozbywa. Formella, Gostomski, Hamalainen czy Douglas zostali już wycięci. W kolejce jest Lovrencics, który pewnie dostanie ofertę nie do zaakceptowania. Pewnie inna sytuacja będzie z Kamińskim bo to wychowanek, więc jakieś pozory będą chcieli zachować.
    Kontrakty przedłużają tylko z tymi wobec ktorych nie było zarzutów, a za tamtych przychodzą jednak piłkarze o innych charakterach.

  11. mól napisał(a):

    @Slawek- chyba cały zespół „popracował” nad pożegnaniem Skorży, brak chemii, tak to się potocznie nazywa. Nie Lech pierwszy i nie ostatni…

  12. slawek napisał(a):

    Myślę, że jednak drużyna mie była w tym jednomyslna i tarcia wewnątrz jej też były. Mogę się mylić oczywiście, nie siedziałem w szatni. Mam jednak wrażenie że kilku zależało na grze. Pawlowski przede wszystkim. Te ciągle zejścia ze skrzydła do środka i uderzenie. To chyba wynikało z tego, że nie miał z kim grać i jednak próbował. Nowi też chyba nie mieli powodów. Mieszane uczucia mam do Tralki. Kapitan musiał wiedzieć co się dzieje.

  13. Joe napisał(a):

    Treść ciekawa forma tragiczna. Przy wstawkach o kawie i pilznenskim myślałem że już nie dam rady, ale się przemogłem. Ogólnie trudno tak na prawdę zarzucić celowy sabotaż, bo przecież przed piłkarzami była rzadka możliwość gry w LM albo przynajmniej w grupie LE. Widzieli też na pewno poprawę jakości własnej gry za czasów Skorzy. Jakoś trudno mi uwierzyć, że stwierdzili ok, mamy mistrza zdobytego ciężka pracą, to teraz zwalniamy trenera, który jak w tym pomógł.

    Jeśli mam być szczery, to uważam, że wina zawsze jest rozłożona na wszystkie składowe, zachowania wynikają że wzajemnych oddziaływań tych składowych, a to czego nam najbardziej brakuje, to drużyny zbudowanej na zawodnikach, którzy mają karierę przed sobą, bo tacy chcą się rozwijać. Z całym szacunkiem, ale Tralce, Pawlowskiemu już tak nie będzie zależało, bo przecież już na zachod nie pojadą. O Dudce już nawet nie mówię, bo ściąganie powracających z innych lig polskich piłkarzy to jakieś drogie kuriozalne.

  14. Al napisał(a):

    Ciężko się czyta .

  15. wkamin napisał(a):

    Cały ten elaborat miał by jakikolwiek sens,gdyby Lech pod wodzą Urbana,z dnia na dzień zaczął grać lepiej,ale fakty są takie,że wygrane Kolejorza przychodziły po ,,wymęczonym,, 1:0 na szczęściu graniczącym z cudem i grze od której bolały zęby.Idąc więc tropem autora artykułu, grali też przeciwko Urbanowi z tą tylko różnicą,że mieli pecha i wygrywali

  16. FanLecha napisał(a):

    Moze tresc byla by ciekawa gdyby nie ten okropny styl

  17. Rogacz73 napisał(a):

    Tekst niestrawny chociaż treść ciekawa – litości człowieku :-)
    – jak bym z Maćkiem jeśli chodzi o postęp to nie przesadzał bo Rumak dużo gorszych wyników w lidze nie osiągał ( a Legia lepiej punktowała ) w czasie kiedy miał poważną przebudowę drużyny, wprowadził kilku młodych ( Maciek 0 )
    – na + że puchary zaliczył bez blamażu
    – i nie przesadzał bym z tym, że nasi kopacze przegrywani bo chcieli – mieli faktycznie ogromny natłok spotkań, wielką presję na Europę i tam się eksploatowali a potem ani sił ani motywacji nie starczało i tyle. Do tego zasada bij mistrza i słabo wkomponowani nowi piłkarze i jest przepis na klopsa.
    – winy w słabym starcie będzie po stronie Maciusia bardzo dużo i niestety dalej się tego nie dało ciągnąć.

  18. Rogacz73 napisał(a):

    I pora na tekst w tej tematyce najgorsza z możliwych – jutro wreszcie gramy !!!

  19. Antoni P napisał(a):

    Więcej książek Panowie, a nie tylko Internet, a wszystko będzie zrozumiałe.
    Mi bardzo dobrze się to czytało, bo pomysłem i do rzeczy.
    Dobry tekst…ach ten Superpuchar, czy My się jeszcze takiego meczu doczekamy?

  20. Antoni P napisał(a):

    z pomysłem*

  21. rechot napisał(a):

    Grafomania. Dawno mnie tak artykuł nie zmęczył ale podobnie jak autor nigdy tego „piłkarzom ” nie zapomnę. To było największe skurwysyństwo jakie na Lechu przeżyłem a żyję już trochę.

  22. Łukasz napisał(a):

    Z ciekawości wszedłem na ten portal, aby sprawdzić jakie nastroje panują wśród kibiców Lecha, a zwłaszcza czy nożyce się odezwały po wywiadzie z Dominikiem Ebebenge i jego mowie o Linettym. A tutaj natrafiłem na taką tekstową perełkę :D Oczywiście sama założona teza jest ok, ale czegoś tak fatalnie napisanego, nie powinno się publikować w żadnym miejscu. Ocena niedostateczna za styl.

  23. RobertLech!!! napisał(a):

    @Łukasz

    Jak widzisz, reakcji nie ma żadnych, to wy płaczecie po każdej szpilce od Klimczaka, a pomimo to musiałeś wylać swój ból. Najpierw poczytaj co piszą o tej rozmowie twoi koledzy na stronie twojego klubu, a tutaj podsumowanie waszej wielkości: „Legia stanowi przedsmak bardzo poważnej piłki albo ciekawe zwieńczenie kariery, która nie jest do końca spełniona” – Polski Bayern (:
    I poziomu to idź szukać na waszych stronach, byłem tam 2-3 razy z ciekawości – poziom komentarzy dno, a newsy często jak z plotkarskich portali także, pewnie twój klimat.

    Co do felietonu, odnosiłem się już kilkukrotnie – Skorży należy się szacunek za MP, SPP i LE, jednak pogubił się w pewnym momencie i powinien odejść kilka kolejek wcześniej niż to się stało, ale czy była to kwestia wypalenia na lini trener – piłkarze, czy przemyślane działania piłkarzy tak aby pozbyć się Skorży, tego się nie dowiemy.

  24. KrewIHonor88 napisał(a):

    Jakie nożyce ? Dlatego, że jeden z przydupasów cygańskiego króla azji naopowiadał bajek jakiemuś warszawskiemu „dziennikarzowi” ? Linetty mówił w wywiadzie, że odrzucił ofertę Legii, więc żyj sobie dalej w swoim tęczowym wyimaginowanym świecie.

  25. stowoda napisał(a):

    Skorża = szacunek/nie szacunek.
    Dziwna alternatywa.
    Trener jest tak naprawdę WIELKI kiedy po zdobyciu Majstra zdobywa tytuł po raz drugi.
    Tak można spekulować o „klasie trenera”.
    Dotyczy ta ocena nie tylko „faktów” ale tego jak daje sobie radę w czasie kryzysu.
    Tu Skorża nie dał rady.
    Wychodzi mi na to że tak naprawdę to Lech miał ( z tych ostatnich) jednego dobrego trenera ( który nie dał się zawodnikom „zakrakać”) który miał dobre wyniki w dłuższym okresie swojej pracy.
    Nie przepadam za nim, ale to był F.Smuda.
    No i do tego może trzeba przeprosić Rumaka który tak naprawdę miał ( o czym świadczą tzw „wartośi” zespołu choćby wzięte z transfermarkt z kilku lat) NAJSŁABSZĄ KADROWO drużynę !

  26. Łukasz napisał(a):

    @RobertLech!!!

    Koledzy za duże słowo, bo nie uważam się za kibica (parę razy byłem na meczu, nie czuję wielkiej potrzeby ), po prostu sympatyzuje z Legią, a do jakiegokolwiek fanatyzmu bardzo mi daleko. Zawsze kibicuję polskim zespołom w pucharach, aby zabrnęły jak najdalej, dla dobra całej ekstraklasy. Mogę podpisać się pod słowami prezesa Legii o tym, iż mocny zespół Lecha będzie sprzyjał rozwojowi Legii. Szkoda, że w ostatnich latach odpadła z rywalizacji o tytuł Wisła. Bólu raczej nie mam, lecz przyznaję, że tak to może wyglądać z perspektywy kibica Lecha. Nieco mnie poniosło, po przeczytaniu tego tekstu, bo jest naprawdę słaby.

    A pewnie nigdy bym się tutaj nie pojawił, gdyby nie transfer Hamalainena i towarzysząca mu gorączka. Oczywiście, czułbym się głupio, gdyby zawodnik pierwszego składu Legii przeszedł do Lecha, ale zwyczajnie bym to zaakceptował, bez zbędnego krzyku.

    Dominik Ebebenge jest postacią, która również ma sporo za uszami, gdy Legia została zdyskwalifikowana za Bereszyńskiego, i każda jego wypowiedź nie świadczy o nim zbyt dobrze, biorąc pod uwagę jaką ma pensję i jaki powinien prezentować profesjonalizm będąc w Legii. Potrafi zdyskredytować swoją pracę… Nie należy do moich ulubieńców, aczkolwiek widocznie posiada cechy, które predysponują go do zajmowanego stanowiska.

    Wydaje mi się, że poziom komentarzy jest adekwatny do samej tematyki, czyli piłki nożnej. Piłka jest dla każdego, dla plebsu, co byśmy nie mówili, to tak już jest i będzie, to nie tenis :)

    Nie wchodzę na Pudelki i inne wynalazki :)

  27. undertheskin napisał(a):

    Styl może wielu osobom nie pasować, ale jednak styl tu jest, bo niektórzy piszący tutaj w ogóle go nie mają. Treści także tu nie brakuje i podpisuję się pod wieloma tezami, które autor przedstawił, no bo każdy kibic Lecha zadaje sobie do dziś pytanie: Co się, k…, stało z mistrzem Polski w tak krótkim czasie po zdobyciu tytułu i, wydawałoby się, wejściu naprawdę na wyższy poziom, niż ligowa siermięga. Nie dziwię się tym, którzy się udusili w tych ozdobnikach, dygresjach, zdaniach wielokrotnie ponad miarę złożonych itd. ale, pomijając to, dla mnie to pierwszy w pełni interesujący tekst, jaki tutaj czytałem.

  28. Ndb napisał(a):

    Czy Redakcja czytała ten tekst przed publikacją? Tego się nie da czytac. Szkoda bo autor kilka ciekawych przemyśleń miał ale pisanie to nie jest chyba Jego mocna strona.

  29. alvaro napisał(a):

    szczególnie Thomalla i Formella grali przeciw trenerowi… chłopie, zastanów się co piszesz, wszyscy piłkarze byli wręcz obsrani ze strachu po tej fali krytyki i myślisz, że co, mieli jaja w to dalej brnąć? Skorża to po prostu „dobry kapitan na spokojnych wodach”, świetny taktyk i niezły mówca, ale za to beznadziejny psycholog, który nie umie walczyć z kryzysami i zdejmować presji z zawodników, taka prawda.