Wspomnień czar: Dwanaście goli w jednym meczu

Wiosną ruszyliśmy na KKSLECH.com z kolejnym nowym cyklem, który na stałe będzie już towarzyszył tej witrynie. Cykl „Wspomnień czar” to dopełnienie przedmeczowych materiałów przypominający ciekawe wydarzenia z przeszłości trochę w innym stylu.


W cyklu „Wspomnień czar” przy okazji większości spotkań w nieco nietypowy sposób pół żartem i pół serio będziemy wracać w artykułach do przeszłości wspominając na luzie krótko dawne mecze Lecha Poznań z danymi rywalami. Nie zabraknie filmików, naszych osobistych wspomnień i odczuć czy starych fotek z archiwum KKSLECH.com dotyczących dawnych spotkań Kolejorza. W zależności od rywala czasem jeden odcinek będzie ciekawszy, a czasem drugi trochę mniej. W każdym razie przypomnicie sobie występy Lecha Poznań przeciwko danemu klubowi od tej najciekawszej strony.

W dzisiejszym odcinku stałego przedmeczowego cyklu cofniemy się do lat 40-tych XX wieku, czyli do początków gry Lecha Poznań w Ekstraklasy i przy okazji do początków rywalizacji z Ruchem Chorzów. Wiele, wiele lat temu w stolicy Wielkopolski miał miejsce bój z „Niebieskimi” w którym w ciągu 90 minut padło aż 12 goli. Dziś trochę więcej o tym spotkaniu.

Po porażce z Ruchem Chorzów w 1948 roku wynikiem 0:2 na wyjeździe i wygranej u siebie 3:2 w kolejnym sezonie 1949 doszło na starym stadionie na Dębcu do prawdziwej strzelaniny. Przed meczem z Ruchem Chorzów dnia 3 lipca 1949 roku można było spodziewać się wielu goli, choć na pewno nie aż takiego worka. Wcześniej obecny Kolejorz pokonał m.in. AKS Chorzów 7:3, ŁKS Łódź 8:1 czy Legię w Warszawie 3:1. W 11. kolejce padło na „Niebieskich”. W składzie ZZK Poznań grał wtedy m.in. Władysław Sobkowiak, Zygfryd Słoma, Mieczysław Tarka, Tadeusz Kołtuniak czy słynny tercet ABC, a więc Teodor Anioła, Edmund Białas i Henryk Czapczyk.

Ciężko było stwierdzić przed wspominanym dziś pojedynkiem, kto jest faworytem. Lech Poznań swoje pierwsze rozgrywki na szczeblu Ekstraklasy w 1948 roku zakończył jednak na 6. pozycji podczas gdy chorzowski Ruch zdobył brązowy medal. 3 lipca 1949 roku strzelanie już w 5. minucie rozpoczął Edmund Białas. Po kolejnym jego golu w 11 było już 2:0. Ruch odpowiedział bramką w 14. minucie. Krótko potem karne celnie wykonali Zygfryd Słoma i Teodor Anioła. Kilkadziesiąt sekund po trafieniu tego drugiego było już 5:1 po bramce Tadeusza Kołtuniaka. Tym samym po niespełna 30 minutach Lech Poznań prowadził z Ruchem Chorzów aż 4 golami.

Na kolejne bramki trzeba było czekać aż do 60 minuty. Wówczas „Niebieskich” znów ukuł Kołtuniak. Przy stanie 6:1 goście z Górnego Śląska zdobyli dwie bramki w dwie minuty. Na 6:3 się jednak nie skończyło, gdyż 10 minut przed końcem na 7:3 trafił Teodor Anioła. Ruch szybko odpowiedział golem, lecz w 85. minucie wynik na 8:4 dla ówczesnego Kolejarza ustalił z rzutu karnego Tadeusz Kołtuniak, który tym samym w szalonym meczu ustrzelił hat-tricka. Ta cała kanonada wydarzyła się na oczach niespełna 10 tysięcy kibiców, którzy zobaczyli mimo wszystko pewne zwycięstwo dzisiejszego Lecha Poznań.

Z ciekawostek warto na pewno dodać, że w ostatniej kolejce sezonu 1949 ekipa ZZK Poznań przegrała w Chorzowie z Ruchem 0:2. Mimo to, Lech zajął wówczas 3. miejsce na koniec rozgrywek i po raz pierwszy w swojej historii wywalczył medal Mistrzostw Polski. Do brązu doprowadził wtedy poznaniaków Antoni Bottcher. Dziś wieczorem na Cichej w taką strzelaninę nikt chyba nie wierzy ani jej nie oczekuje. Ważne po prostu wygrać 1:0 i wrócić do stolicy Wielkopolski z 3 punktami.

Źródło: inf. własna
Fot: KKSLECH.com

> Śmietnik Kibica – (komentuj nie na temat) <



komentarzy 5

  1. Jakov pisze:

    Trudno powiedzieć, że wierzę i oczekuję wygranej 8:4, czy po prostu 4 bramkami. Ale czy powinniśmy cieszyć się z 1:0? U mnie jednak wciąż żyje wiara, że tego (w obecnym składzie personalnym) Lecha stać na strzelenie paru bramek w meczu.

  2. J5 pisze:

    Też czekam na Lecha strzelającego po3-4 bramki a nie skromne,kunktatorskie 1:0, gdzie w doliczonym czasie gry przypadkowa akcja może doprowadzić do remisu

  3. leftt pisze:

    12 bramek w czasach bardziej współczesnych padło jeszcze w 1985 w przedostatniej kolejce, w przegranym meczu z ŁKS (5:7). Chyba po tym meczu straciliśmy matematyczne szanse na trzeci tytuł z rzędu.

    • Glos pisze:

      Juz przed tym meczem wiadomo bylo ze nie mamy szans na tytul i dlatego obie druzyny graly o nic, stad taki „hokejowy” wynik. Mecz byl fajny bo nikt sie nie bronil kazdy chcial grac do przodu.

  4. zyleta pisze:

    bylem na tym meczu,grali jeszcze obaj Wojciechowscy i Matusiak.