Felieton kibica: Jak z fanatyka zrobić telewizyjnego piknika

Od dłuższego czasu dajemy kibicom Lecha Poznań okazję współtworzenia serwisu KKSLECH.com a nie tylko udzielania się na nim w komentarzach. Pisząc swój tekst możesz liczyć na jego publikację tutaj. Dziś prezentujemy jeden z artykułów nadesłanych do nas przez kibica.


34 lata… Tyle właśnie lat minęło od początków mojej fascynacji Kolejorzem. Dzisiaj czuję, że umarła jakaś cząstka mnie i chyba bezpowrotnie…

Początki.

Gdy byłem kilkuletnim smykiem, ojciec od czasu do czasu zabierał mnie na mecze Kolejorza rozgrywane na Dębcu i na stadionie 22 Lipca. Później to trochę się urwało, ale na otwarciu stadionu na Bułgarskiej w 80r znowu się pojawiłem, tym razem w asyście wuja. Znowu trochę przerwy i nagle w 82r zadziałał, jak to bywa, zupełny przypadek. Radek Osuch (tak, ten sam), dorwał mnie na korytarzu SP nr 18 podczas przerwy i namówił, żebyśmy zerwali się z ostatnich lekcji i pojechali na mecz Lech-Aberdeen. Wsiedliśmy w taryfę i wylądowaliśmy na Bułgarskiej. Pomimo porażki Kolejorza, atmosfera i otoczka meczu urzekły mnie na tyle, że od następnego meczu ligowego organizowałem ekipę kumpli i jechaliśmy na Bułgarską. Na każdy mecz jaki był rozgrywany, nawet na jakiś pierdołowaty sparring z Vorvaerts Frankfurt. Siedzieliśmy oczywiście w Kotle pod zegarem, gdzie zawsze podczas przerwy chodzili kibole z czapką i były robione zrzutki. Wymieniony przeze mnie Radek Osuch, z którym nie mam kontaktu już od dobrych 30 lat, nawet nie ma pojęcia o tym, że to jemu zawdzięczam swoją „chorobę” i miłość do Lecha.

Wyjazdy

Pierwszy wyjazd również zawdzięczam przypadkowi. Zakład pracy ojca dobrego kolegi organizował wycieczkę zakładową na finał PP 88r w Łodzi. Legia, czyli przeciwnik wymagający i w dodatku darzony najczystszą nienawiścią był wystarczającym magnesem. Mecz wygrany, kibicowsko przeciwnik zmiażdżony, no i ten pochód 5000 kiboli Kolejorza przez Łódź po meczu. Coś pięknego. Drugi wyjazd zaplanowałem sobie już z premedytacją. Finalizowałem właśnie rozpoczęcie pracy w Gdyni we wrześniu 88r i idealnym terminem na podpisanie umowy był dzień, w którym Bałtyk grał z Lechem w kolejnej edycji PP. Następne wyjazdy były dopiero w drugiej połowie lat 90-tych. Pniewy, Wronki, Grodzisk Wlkp. i pamiętny mecz z ŁKS-em wiosną 2000r, gdzie pojechaliśmy w sile ponad 1000 osób, co wtedy było fantastyczną frekwencją wyjazdową. Niestety, spadek z ligi był nieuchronny, ale nakryć czapką kibiców z Wronek w meczu o Puchar Ligi też było miło. Po awansie w 2002r poleciało już na całego. Lubin, Płock, Bełchatów, Łódź, Polkowice, oczywiście Wronki i Grodzisk Wlkp., finały PP 2004, 2009, 2011, 2015, St. Gallen, Praga, Manchester, Braga. Wszystkiego razem ok. 50. Najbardziej pamiętne dla mnie mecze wyjazdowe? Finał PP 88 w Łodzi, Z. Lubin-Lech 4:5, Wisła Płock-Lech 4:4, finał PP 2004 w Warszawie, finał PP 2009 w Chorzowie, Amica-Lech 1:4, Widzew-Lech 3:2, Praga i Manchester.

Zmiany, zmiany, zmiany…

Gdy jesienią 2005r gruchnęła wieść, że koncern Amica planuje zainwestować w Lecha, byłem w euforii. Taki inwestor był jedynym brakującym ogniwem w Kolejorzu do odbudowy marki sportowej. Tak mi się wtedy wydawało. Już sam fakt, że Lech ma inwestora i solidnego właściciela, ale mamy grać na licencji Amiki, wywoływał we mnie pewien niesmak i miałem spore wątpliwości, jak i czy w ogóle zaakceptować taki stan rzeczy. Jednak po długotrwałych przemyśleniach przekonał mnie fakt, że sportowo Lech utrzymał się w lidze i nie kupiliśmy licencji w celu awansu do wyższej klasy rozgrywkowej, tak jak to wcześniej wykonało kilka innych drużyn, lecz Spółka Akcyjna „Amica”, będąca właścicielem Sportowej Spółki Akcyjnej „Amica” Wronki wycofała z niej swoje udziały i przeniosła je do Sportowej Spółki Akcyjnej Lech Poznań. Ostatecznym argumentem dla mnie była gra „Amiki” Wronki w ówczesnej 3 lidze w sezonie 2006/07, czyli w momencie rozpoczęcia inwestycji w Lecha.

Nadzieje były ogromne, bo stabilizacja finansowa była jedynym brakującym ogniwem do powrotu Lecha na szczyty ligowej tabeli i dająca jak najbardziej realne szanse na walkę o Mistrzostwo Polski i Puchar Polski, a co za tym idzie na emocjonujące mecze w europejskich pucharach. Początki były trudne, bo zatrudniony przez Jacka Rutkowskiego mistrz trenerki F.Smuda nie radził sobie z jak to nazywał poskładaniem „składaka”. Mecze były emocjonujące, wręcz pasjonujące, ale nie było to poparte sukcesem sportowym na krajowym podwórku. Na arenie europejskiej takowym okazał się awans do fazy grupowej PUEFA po pamiętnych bojach z Austrią Wiedeń. Jedyny zdobyty PP za jego trzyletniej kadencji i koncertowo spartolony tytuł MP w 2009r to trochę mało, jak na ambicje i możliwości Lecha. Następuje zmiana trenera i Jacek Zieliński 15.05.2010r z praktycznie tymi samymi zawodnikami zdobywa jakże upragniony tytuł Mistrza Polski! Jednocześnie 15.05.2010r ok. godz. 19.00 rozpoczyna się powolny zjazd i rozkład tego, co było budowane przez 4 lata. O ironio, dzień w którym zdobyliśmy po 17 latach (no dobra, po 18) ponownie tytuł MP okazał się dniem początkującym coś złego. I to z tym samym właścicielem głoszącym nam dookoła piękne frazesy. Zachłyśnięcie sukcesem, błędne decyzje transferowe, co raz gorsza komunikacja z kibicami, robienie z ukochanego Lecha korporacji, mówienie o nas jako klientach salonu samochodowego, pomocna dłoń z Chelsea i Dortmundu, awanturnicza polityka transferowa, najlepszy skład w lidze i we wszechświecie, błędy w zatrudnianiu trenerów, kłamstwa o nie wliczaniu przychodów z pucharów do budżetu, nie wyciąganie konsekwencji w stosunku do zawodników olewających grę itd., itd. Słabością innych udało nam się jeszcze zdobyć tytuł MP w 2015r, ale był to tylko tzw. „łabędzi śpiew” i wyjątek potwierdzający regułę. Poza tym smakował on dużo, dużo słabiej niż tytuł z 2010r. Największe pretensje mam do obecnych zarządców Lecha o zabicie w nas, kibicach, entuzjazmu. Swoim minimalizmem i ciągłymi gadkami o bilansowaniu budżetu skutecznie zniechęcają i wręcz odzwyczajają nas od tego, z czego byliśmy znani na stadionach krajowych i europejskich, czyli zabijają w nas naszą pasję, miłość i oddanie dla tego klubu. Widać to po frekwencji i żadne akcje sztucznego jej podbijania poprzez darmowe wejściówki dla gimnazjów i szkół nie zaciemnią tego obrazu. Kilka lat temu Lech potrafił sprzedać 15.000 karnetów, co było cyfrą znaczną nawet w Europie. Później przez kilka sezonów utrzymywał poziom sprzedaży w okolicach 9-10 tys. Obecnie jest to tylko 4500. Wyniki sportowe po prostu przemilczę. Żenada. Zawdzięczamy ją Wam, Panowie K.Klimczak i P.Rutkowski. I oczywiście Jackowi Rutkowskiemu, który już całkowicie przestał się interesować swoją własnością. To jest obraz Waszych działań, Waszej nieomylności i braku umiejętności wyciągania wniosków. Tylko głupek może liczyć na inny efekt popełniając w nieskończoność ten sam błąd. Syn właściciela Dyrektorem Sportowym, Prezesem klubu osoba, która powinna być tylko i aż Dyrektorem Finansowym, bo na tym akurat się zna. Korpomowa, ciągłe kłamstwa i żerowanie na tym, że wierny głupi kibol i tak kupi serwowany przez Was produkt.

Stabilność budżetu jest rzeczą niezmiernie ważną w każdej spółce, ale w spółce sportowej liczą się również sukcesy i trofea. A tych nam przybywa w cyklu raz na pięć lat. Zupełnie jak w Arsenalu Londyn. Zastanawiam się, czy obecny Lech Poznań jest jeszcze spółką sportową, czy może już tylko spółką produkcyjno-handlową?!

Bilansowanie budżetu. W Waszych ustach słowo klucz, wręcz już legenda. Ktoś, kto oszczędnie gospodaruje posiadanymi środkami nie wyrzuca milionów euro w błoto, żeby wydawać je na pensje i odprawy dla Bakero, Urbana, Dudki, Wilusza, Thomalli, Keity, Volkova, Sisiego, Formelli, N.Nielsena czy Djouma. Wydając na kontrakty roczne 250.000 euro, naprawdę da się znaleźć lepszych piłkarzy niż Pawłowski czy Robak. Wydajecie dużo, jak na polskie warunki, to wydawajcie je mądrze, bo z tym się wiąże nie prowadzenie awanturniczej polityki transferowej. Ale do tego potrzeba fachowców, by zminimalizować ryzyko błędu.

Epilog

Przez 34 lata żyłem wszystkim, co związane jest z Lechem Poznań. Uciekałem z lekcji, żeby pójść na mecz. Opuszczałem rodzinne uroczystości. Ustalałem wszelkie grafiki tak, żeby nie kolidowały z meczem. Przez 5 lat pracy 300km od Poznania, mając zajęte weekendy, opuściłem może z 10 meczów. Przebywając w 92r przez 5 miesięcy na innym kontynencie, ówczesna narzeczona, a obecnie nadal ta sama małżonka wysyłała mi w listach wycinki z gazet po meczach Kolejorza. Przez 25 lat żona ani razu nie zabroniła mi pójścia na mecz, nawet kosztem różnych uroczystości, bo wiedziała, że i tak pójdę trzaskając drzwiami. Dodatkowo prawie nigdy nie bręczała, gdy wybierałem się na mecze wyjazdowe. Może dlatego, że szwagier też kibol i prawie zawsze jeździł ze mną. W maju 2010r po golu Kriwca w Chorzowie darłem się jak opętany, a gdy przełączyłem kanał na mecz Cracovia-Wisła i padła bramka po samobóju Jopa, to już był tylko dziki amok połączony z fruwającym krzesłem i darciem się na balkonie z jakimś nieznajomym kibolem w wieżowcu naprzeciwko mojego. Płakałem z rozpaczy, gdy kończył się mecz Górnik-Lech i spadaliśmy z ligi. Płakałem ze szczęścia po zdobyciu MP 2010 i po meczu z Austrią Wiedeń. Przez kilkanaście lat kupowałem karnety i gadżety. Tak, byłem skończonym wariatem na punkcie Kolejorza.

A teraz? W poprzednim sezonie mając karnet całosezonowy świadomie nie poszedłem na 7 ostatnich meczów. W tym sezonie jestem jednym z tych 4.500, którzy mając karnety w poprzednim sezonie, nie kupili ich na obecny. Mało tego, po raz pierwszy od 34 lat nie byłem na ani jednym meczu w rundzie. W tym roku po raz pierwszy, od kiedy kibicuję Lechowi, nie pojechałem na finał PP. Oczywiście oglądam wszystkie mecze Kolejorza w tv, czasem pogadam sam ze sobą, czasem coś pokrzyczę, ale sam czuję, że to jest takie beznamiętne i bez pasji, która mi towarzyszyła przez prawie całe życie. Czy mnie ciągnie na Bułgarską? Pewnie, że tak. Ale już nie tak jak kiedyś, gdy z utęsknieniem czekało się na kolejny mecz. Doszło nawet do tego, że gdy Kolejorz gra o 20.30, to często przysypiam w fotelu i sprawdzam wynik po przebudzeniu. Coś we mnie umarło, coś się wypaliło. Czy pójdę jeszcze na Bułgarską? Na pewno. Ale musi być odpowiednia pogoda, termin nie będzie kolidował z czymś innym i gdy będzie jakiś sensowny rywal… Panowie z Wronek, to Wasza zasługa. 34 lata „na dobre i na złe”…

kibol69

Chcesz, by w przyszłości także Twój tekst znalazł się na KKSLECH.com? Pisz i wyślij go do nas pod adres: redakcja@kkslech.com. Jest szansa, że ujrzy światło dzienne. Więcej dowiesz się -> TUTAJ

> Śmietnik Kibica – (komentuj nie na temat) <



komentarzy 139

  1. ole napisał(a):

    @kibol69 – dzięki za felieton, mam dokładnie tak samo jak ty.
    Imprezy rodzinne ustawiane z terminarzem :) a teraz nawet zdarza mi się zapomnieć… eeech.